Ambasada

AMBASADA – premiera maj 2006, Poznań
scenariusz: Wojciech Wiński, Ewa Kaczmarek, Kamil Macejko
reżyseria: Wojciech Wiński
kostiumy: Ilona Binarsch
muzyka: SNOWMAN

TEMAT:

Kiedy codzienne życie nieznośnie się komplikuje, a w sercu kołacze tęsknota za lepszym światem, przyjmij zaproszenie Ambasady. Zagadkowa placówka dyplomatyczna daje szansę zdobycia azylu wszystkim, którzy czują się zagrożeni i pragną zostawić za sobą dotychczasowe udręki. Jej mieszkańcy mają zapewnione schronienie, spokój, bezpieczeństwo, izolację. To jedyna okazja na ostateczną ucieczkę od wszystkiego.

Ambasada ma charakter tajny i wyjątkowy – istnieje poza dniem, poza realną rzeczywistością, poza teatrem nawet. Aby tam dotrzeć, należy najpierw w wirtualnej przestrzeni odnaleźć stronę www.ustausta.pl/ambasada i skrupulatnie wypełnić zamieszczony tam formularz. Prawdomówność bezwzględnie wskazana!
RECENZJE:

„Ambasada nie była pusta. Zaludniał ją tłum lokajów w liberiach, prowadzących gości od drzwi do drzwi, od pokoju do pokoju, by nagle zniknąć i porzucić nas w pustym, klaustrofobicznym korytarzu. Czyhali na nas z ankietami, kwestionariuszami, nie wypuszczali z rąk teczek, puchnących od odpowiedzi. W każdej chwili z ciemności mógł też wyłonić się któryś ze stałych mieszkańców ambasady, zwabiony naszymi niepewnymi, pospiesznymi krokami.”

„Po co mi azyl?”, Joanna Derkaczew,

Gazeta Wyborcza, 8-07-2006

„Jak silna jest w nas potrzeba ułudy, jak łatwo ulegamy kuszeniu świata i jak bardzo boimy się konfrontacji z nim w prawdzie, uświadamia ten spektakl-eksperyment, któremu poddawani jesteśmy na własne zresztą życzenie.

„Ambasada” Teatru Usta Usta to spektakl totalny, monstrualny, gigantyczny – który w finale sprowadza widza do jednej, czystej myśli: żeby już wyjść na wolność. Do rzeczywistości. […] Jaką cenę trzeba będzie zapłacić za tę wolność, czy rzeczywiście jest to wolność i czy na pewno jej chcemy – przyjdzie nam się przekonać podczas przedziwnej wędrówki przypominającej nieco senny koszmar, film grozy, ale też pielgrzymkę po piekielnych czy może raczej czyśćcowych kręgach.”

„Gra z widzem, przestrzenią, iluzją”, Ewa Obrębowska-Piasecka,

Gazeta Wyborcza – Poznań, 10-07-2006

„Spektakl wyreżyserowany przez Wojciecha Wińskiego to kafkowski thriller o szukaniu azylu poza granicami opresyjnej rzeczywistości. Upodabnia widzów do milionów emigrantów na świecie, którzy uciekają przed wojną, głodem, ale i osobistym nieszczęściem. Klucz do wolności ukryty jest w Internecie – trzeba wypełnić wniosek na stronie www.ambasada.com – taki jak o wizę. Spowiadamy się z najintymniejszych tajemnic – składamy donos na samego siebie. Czeka nas nocne spotkanie w kawiarence z tajemniczym wysłannikiem dyplomatycznej placówki i pełna niepokoju jazda przez puste miasto. Krocząc przez sale i korytarze ambasady w poznańskim zamku – natykamy się na ludzi, których los pokazuje skomplikowaną naturę współczesnego świata. Ale jest też lustrem naszego zagubienia i samotności. Azyl staje się iluzją.”

„Sukces Malty w nowej formie”, Jacek Cieślak,

Rzeczpospolita, 10-07-2006

 

Czy Józef K. to naprawdę ja?

 

„Ambasada” – Teatr Usta Usta – 15. Festiwal Spoiwa Kultury

 

W Szczecinie zakończył się właśnie 15. Festiwal Teatralny „Spoiwa Kultury”. Tegoroczna edycja odbywała się pod nieco przewrotnym hasłem GOŚĆ/INNOŚĆ. Wszyscy uczestniczący w wydarzeniu twórcy reprezentujący aż 14 krajów podjęli problematykę szeroko rozumianej relacji pomiędzy zaproszeniem a wykluczeniem, bliskością a wyobcowaniem i prezentowali jej wieloaspektowość z imponującym entuzjazmem oraz kreatywnością. Jedna z festiwalowych propozycji wzbudziła wśród widzów szczególne emocje. Chodzi o odgrywany cyklicznie przez cały czas trwania festiwalu spektakl-happening zatytułowany „Ambasada”.

Już sama zapisana na bilecie informacja, nakazująca wybierającemu się na spektakl widzowi wypełnienie internetowej ankiety budzi zastanowienie. Towarzyszące mu wątpliwości okazują się jednak niczym w porównaniu z przyprawiającym o dreszcz niepokojem, jaki narasta podczas odpowiadania na kolejne zadawane nam pytania, takie jak: „Czy robienie niebezpiecznych rzeczy sprawia, że czujesz się dobrze?”, uzupełniania pól wymagających podania swoich dokładnych danych i zwierzania się z tej – chyba najbardziej intymnej informacji – kogo kochamy. Gonitwy myśli, jaką napędza ta niecodzienna ankietowa machina nie sposób już zatrzymać. Jadąc na spektakl zastanawiałam się nad tym, komu i do czego potrzebne będą takie informacje, a przez głowę przemykały mi kolejne niepokojące obrazy, które – jak miało się za chwilę okazać – znalazły swoje uzasadnienie wraz z przekroczeniem murów tajemniczej Ambasady.

Podczas szczecińskiej realizacji przedstawienia wyreżyserowanego przez Wojciecha Wińskiego, widzowie zabierani byli na miejsce samochodem podstawionym dla nich przez ambasadora. Audiencja i cały proces ubiegania się o „azyl” miał miejsce w późnych godzinach nocnych, a zabytkowy gmach Urzędu Wojewódzkiego adaptowany na potrzeby spektaklu, jednorazowo otwierał swoje podwoje wyłącznie dla czterech osób. Wchodząc do Ambasady wraz z trzema innymi uczestniczkami natychmiast zrozumiałam, że w tym miejscu kończy się moja anonimowość. Powtarzające się wyczytywanie naszych nazwisk, grożenie kontrolą osobistą, sankcjami i odebraniem prawa do opuszczenia budynku narzucało skojarzenie z przekraczaniem granic na obcych kontynentach, podczas którego nieodmiennie czuję się naga w obliczu komputerów znających mój pesel, kształt linii papilarnych, a nawet odcień tęczówki.

 

Wszechobecna inwigilacja, wycelowane w twarz światło latarek, narzucany nam pośpiech, publiczne odpytywanie z najbardziej nawet intymnych, mrocznych tajemnic duszy, a nade wszystko ciemność i towarzyszące nam (naturalne dla nocnych godzin) zmęczenie, pozwoliły zbudować ponurą atmosferę rodem z „Procesu” Franza Kafki, więziennych przesłuchań przy Szucha czy wypełnionych krzykiem korytarzy szpitala psychiatrycznego. W tak skonstruowanym spektaklu nie ma mowy o spokojnej refleksji wysnuwanej z bezpiecznego, zacienionego miejsca na widowni. Widz nie tylko staje się pełnoprawnym uczestnikiem przedstawienia, ale wręcz zyskuje w nim pozycję centralną. To od niego zależy, jak rozwinie się akcja i nie jest to kwestia wyboru jednej z dwóch alternatywnych dróg. Spektakl buduje się na jego oczach, a on sam otrzymuje miano gracza. Jego lęki i słabości, obnażane przez kolejne testy, ankiety, zadania czy nieoczekiwane zwroty akcji, domagają się przewyciężenia, a osiągnięcie wspominanego „azylu”, obiecanego na samym początku tej „gry” staje się celem, który naprawdę pragnie osiągnąć. Obserwując jak kolejni uczestnicy są po drodze odprawiani jako ci, którzy wykazali się zbyt dużą (jak na panujące tu zasady) dozą empatii, odczuwa lęk przed osamotnieniem, ale i satysfakcję, że jemu udało się „przejść na kolejny poziom”.

 

Jak się jednak okazuje, obiecywany przez wszystkich azyl jest tylko iluzją, daleką fatamorganą, kafkowskim zamkiem, którego nigdy nie uda się osiągnąć. W miarę podróży przekonujemy się, że ważniejsze od dotarcia do celu jest samo przemierzanie labiryntu. W czasie wędrówki spotykamy zwariowanych naukowców, zdziczałych ludzi przeobrażonych w bestie, uwięzionych w przestrzeni imprezowiczów, lekarzy-psychiatrów, umierające na dżumę kobiety, szalonych strażników i dziwnych lokajów w liberiach. Ktoś w korytarzu do nas strzela, ktoś częstuje wódką, ktoś każe nam biec lub bezszelestnie przemierzać ciemności, na wyobraźnię najbardziej wpływa zaś to, czego nie widać, czyli dalekie echa wrzasków i huk tajemniczych maszyn mieszczących się w podziemnych przeciwatomowych schronach.

Imponująca dbałość reżysera – i jednocześnie jednego z autorów scenariusza – o szczegół, precyzja w operowaniu światłem, dopracowywaniu scenografii oraz kostiumów, a przede wszystkim – duże umiejętności i zaangażowanie aktorów zacierają w naszej świadomości fakt, że rzeczywistość Ambasady jest tylko „światem na niby”. Powaga, jaką staramy się nadać swoim twarzom prędko ustępuje miejsca przerażeniu, a za kolejnymi skrzypiącymi drzwiami urzędu odnajdujemy…siebie.

 

Wędrówka przez korytarze urzędu zdaje się zatem odzwierciedlać naszą codzienną drogę do szczęścia. To wypełniona trudnościami, dramatami i nieustannym szamotaniem się w niesatysfakcjonującej rzeczywistości lekcja, która pomaga widzowi ujrzeć swoje prawdziwe oblicze i zrozumieć, że osiągnięcie poszukiwanego ideału nigdy nie będzie możliwe.