Teatr /Theatre

Opłotki historii

Piotr Dobrowolski
Czas Kultury

"Zryw" Teatr Usta Usta Republika / fot. Andrzej Majos

Zimny grudniowy wieczór. Porzucam unoszący się w powietrzu aromat grzanego wina i kolorowe lampki w witrynach sklepów. Zbaczam z głównego szlaku w ciemną bramę pod arkadami przy Gwarnej. Nie docierają tu świąteczne przeboje ani zbłąkani wędrowcy. Kieruje mną intuicja. Kompaktowe wnętrze Tłustej Langusty przypomina dzisiaj siedzibę jakiejś tajnej organizacji. W wąskim holu witają mnie dwaj mężczyźni, nazywający przybyłych braćmi i siostrami. Nie wiadomo, o co dokładnie im chodzi, ale wyrażają swoje wsparcie i proszą o założenie na siebie „barw ochronnych”.

Zebranym udziela się atmosfera spisku. Czy tu przygotowują powstanie?

Za chwilę rozpocznie się „Zryw” – teatralna opowieść o potrzebie działania wbrew dominującemu poczuciu bezsilności. Scenariusz Ewy Kaczmarek nawiązuje do setnej rocznicy wybuchu powstania wielkopolskiego. Akcja inicjowana jest tu i teraz, ale szybko włączane są w nią osoby i wydarzenia sprzed wieku. Komediowa stylistyka nie powstrzymuje uniwersalnych pytań o pamięć, patriotyzm i ofiarność, o sens buntu, znaczenie oporu i możliwość rewolucji. Osoby mające alergię na hasło „historia” nie muszą się obawiać. Wyreżyserowany przez Wojciecha Wińskiego spektakl nie jest nudną lekcją, muzealną wycieczką ani antykwaryczną kwerendą. To pełne życia, dowcipne widowisko, w którym aktorzy Teatru Usta Usta Republika wcielają się w członków nietypowej grupy rekonstrukcyjnej. Publiczność wciągnięta zostaje w patriotyczny spisek przeciwko historycznym kalkom. Sceniczni bohaterowie zrywają ze skostniałą retoryką, ujawniając zapomniane postaci i epizody z przeszłości. „Zryw” to znakomita zabawa na najwyższym poziomie, która przekłuwa balon narodowego nadęcia, chociaż – co może zaskakiwać – pozwala docenić też porywy serca i potrzebę wolności, unikając przy tym bagatelizowania grozy wojny.

"Zryw" Teatr Usta Usta Republika / fot. Andrzej Majos

Biel i czerwień foliowych peleryn łączy teatralnych widzów i aktywnych uczestników spotkania Anonimowych Patriotów. To grupa wsparcia dla Polaków nieradzących sobie z powszechnie pielęgnowanym współcześnie poczuciem obowiązku wobec ojczyzny: przemęczonych nadmiarem okrzyków, wymachiwaniem flagami, nadprodukcją haseł, masowymi manifestacjami i instrumentalnym traktowaniem narodowych symboli. Chociaż niemal wszyscy deklarujemy patriotyzm – rzadko stać nas na jego oryginalne manifestacje. Niektórych z zebranych drażni łatwizna schematów i rutyna tłumiąca nawet najgorętszy zapał. Czy porzucą swoje przekonania i zerwą biało-czerwone peleryny (identyczne jak te, które spopularyzował niegdyś Prezes, wspinając się na Koziarza, a w teatrze wykorzystał Marcin Liber w „Weselu. Poprawinach” Poznańskiego Teatru Tańca)? Powstrzyma ich tylko czyn: powstanie – rewolucja – ZRYW.

"Zryw" Teatr Usta Usta Republika / fot. Andrzej Majos

Skąd ten patriotyczny nadmiar, przesyt kalkami polskości, nadprodukcja historycznych stereotypów?

W stulecie odzyskania niepodległości narodowe hasła i symbole wpisano w treść większości programów kulturalnych, wynosząc je ponad cele edukacyjne i społeczne. Władze państwowe sprowadziły rocznicowe obchody do wspólnego śpiewania hymnu, marszy z flagami, tańczenia poloneza i eksponowania biało-czerwonych kotylionów. Symbole zastąpiły edukację, krytyczną refleksję i dyskusję na temat przeszłości. Rocznica utrwaliła archaiczny model historii, widzianej jako źródło wspólnotowych mitów, a nie nauczycielka przyszłości. Służyła promocji zastanej narracji i paździerzowych stereotypów. Trywializowała polską tradycję kulturową, czego przykładem było zamówienie przez Kancelarię Prezydenta RP adaptacji „Przedwiośnia” na potrzeby Narodowego Czytania. Jej wspomnienie pogłębia frustrację patriotów ze „Zrywu” i doprowadza ich nad krawędź zwątpienia.

Lewy (Artur Śledzianowski) porównuje swoją sytuację do losów słowa „tudzież”: czuje się pominięty, wymazany, wykreślony. Nie chce rozpamiętywania klęsk. Potrzebuje skutecznego działania, chociaż wie, że w świadomości Polaków wyrazy „powstanie” i „zwycięstwo” nigdy się nie rymowały. O wielkopolskim zwycięstwie nie powstał żaden film. Dziś gotów jest wcielić się w jednego z jego bohaterów, kultywując ich pamięć. Tutejsza (Ewa Kaczmarek) zagra Polskę, personifikując zniewolony kraj – czekającą na wybawienie ojczyznę, która mówi głosem poezji lirycznej i marszałka Piłsudskiego. Kogo wybiorą pozostali uczestnicy tej akcji: Wczorajszy, Prosty, Prawy i Lewy? A kto kojarzy się państwu z powstaniem wielkopolskim?

W kolejnej scenie Wiński prowadzi czterech Paderewskich w stylu Monty Pythona. Dominuje wersja zaproponowana przez Lewego. Artur Śledzianowski ma w tej podwójnej roli coś z gwiazdy, zdolnej dzisiaj porywać tłumy. Po nim przed publicznością zjawiają się inni, mniej rozpoznawalni, bohaterowie zrywu zapoczątkowanego w grudniu 1918 roku. Prosty (Przemysław Zbroszczyk) gra pochodzącego z Mandżurii Zdzisława Józefa Czen De Fu, dziwnym zbiegiem okoliczności osiedlonego pod Barcinem. Uważał się za Polaka, manifestował „przekonania narodowe” i bez wahania przyłączył do powstania. Prawy (Marcin Głowiński) brawurowo prowadzi postać Stacha Nogaja – poznańskiego rzezimieszka, który przekształcił swoją bandę urwipołciów w niezwykle skuteczny oddział powstańczy. Wygrywał z Prusakami sprytem i brawurą – sprytnie i brawurowo reżyserowane są też jego sceny. Akcja zwalnia, kiedy Wczorajszy (Mikołaj Podworny) wprowadza postać artysty malarza Franciszka Zygarta. Jego obecność i młodopolska wizja masek paradujących ulicami Poznania dopełniają przedstawiony repertuar niekanonicznych uczestników powstańczego zrywu.

Usta Usta Republika opowiada alternatywną wersję historii. Wspomnienie wygranego powstania przełamuje wizję narodowego męczeństwa.

"Zryw" Teatr Usta Usta Republika / fot. Andrzej Majos

Poznański teatr nie buja w obłokach, ale nie biegnie też promenadą historiografii, a jej opłotkami. Eksponuje apokryfy, marginesy i przypisy. Z dopracowanym dramaturgicznie tekstem Kaczmarek współgra błyskotliwa reżyseria Wińskiego (uzupełniana muzyką Adama Brzozowskiego i choreografią Adriana Rzetelskiego), potrafiącego niewygodę i ciasnotę Tłustej Langusty umiejętnie przekuć w atut spektaklu. Każdorazowo ogląda go tylko garstka widzów, za to każdy z nich jest bardzo blisko niezwykle gęstej akcji. Usta Usta to profesjonalna grupa offowa, której aktorzy, bez względu na doświadczenie, znakomicie wykorzystują posiadane możliwości i – w kolorowych kostiumach Idalii Mantas – ogrywają własną fizyczność. Tu nie ma póz czy gwiazdorzenia. Radość z bycia na scenie i spontaniczność nie ciągną spektaklu ku amatorszczyźnie, a wzmacniają kontakt z widownią.

„Zryw” jest skutecznym remedium na szaleństwo narodowych obchodów stulecia niepodległości. To pełen humoru i pouczający spektakl, o którym – mimo zdecydowanej niewspółmierności dostępnych jego twórcom środków i możliwości – warto będzie pamiętać w kontekście przygotowywanych produkcji okolicznościowych Teatru Nowego („Asymilacja”, reż. P. Kruszczyński) i Teatru Polskiego w koprodukcji z Teatrem Animacji i Fundacją Mili Ludzie („27 grudnia”, reż. J. Skrzywanek). Czy Poznań potwierdzi rozpowszechniony w kraju mit, że tu rocznice obchodzi się bez koturnów? „Zryw”, chociaż zrealizowany został poza mainstreamem i rozgrywa się w podziemiu, wysoko stawia poprzeczkę. Po krótkim rozbiegu jego akcja porywa widzów, niosąc ich do samego końca scenicznej opowieści. Część pozostawia nawet w powstańczym nastroju kiedy przez ciemne podwórko i bramę wracają do domów przez oszołomione zbliżającymi się świętami ulicami Poznania.

"Zryw" Teatr Usta Usta Republika / fot. Andrzej Majos

Inaczej o powstaniu

lokalnyfyrtel.pl

“Zryw” Teatru Usta Usta to bezsprzecznie najlepsza rzecz, jaką widziałem odnosząca się do tematu Powstania Wielkopolskiego.

Słodko-gorzka „Uczta”

Kamil Babacz
Głos Wielkopolski

„Uczta” jest smaczna, choć może pozostawić po sobie zgagę…
moralną.

Nowy spektakl Teatru Usta Usta Republika bezwzględnie rozprawia się z ludzką chciwością, niezaspokojeniem i przedmiotowym traktowaniem drugiego człowieka. Obżerając się trzeba uważać, by samemu nie zostać pożartym.

Na „Ucztę” trafiamy do nietypowej restauracji. Przy stole, z którego mamy jeść, siedzi dwóch kucharzy. Są rozebrani do pasa, a ich ciała potraktowano jak sztuki mięsa – markerem oddzielono od siebie boczek, pierś, czy karkówkę, ale i narządy wewnętrzne interesują makabrycznego szefa kuchni. Przy stole się je i przyrządza kolejne potrawy, pije, kłóci, dyskutuje i załatwia interesy.

Na świetny biznesplan, czyli handel organami nieboszczyków, wpada pan mecenas, który chce wejść w spółkę z firmą pogrzebową,ubezpieczeniową oraz szefem kuchni. Kończy się tak, że sam omal nie zostaje pożarty przez specjalistów od żywienia się ludzkim nieszczęściem. Od stołu nie da się ot tak odejść – okazuje się pułapką, więzieniem.

Fot. M.Zakrzewski

W „Uczcie” ludzie nieustannie pojawiają się jako jedzenie, które samo nie jest w stanie zaspokoić swojego głodu.

Dwie rybki – nienawidząca się para – pożerają się w bitwie małżeńskiej nienawiści, obciążając się nawzajem winą za życiowe niespełnienie. Kobieta wykrzykuje do swojego partnera, że gdyby miała okazję, zakochałaby się w nim jeszcze raz. Tylko po to by znów z taką samą siłą go nienawidzić. To głód napędza nawet najbardziej niezadowolone ze swojej egzystencji jednostki do życia. Uczy się nas tego ciągłego najadania się od dzieciństwa, wraz z kolejną łyżką wciskaną do ust przez mamy. „Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy” – wpaja nam też religia.

„Uczta” obśmiewa nieustanną konsumpcję, czyniące z człowieka podlegający ocenie przedmiot castingi i talent showy, znaną doskonale z reklam produktów spożywczych erotyzację języka, handel organami, próby obliczania finansowej wartości człowieka, wyzysk, coraz to nowsze i dziwniejsze zachcianki, niemożliwe do zaspokojenia. W oparach absurdu śmiejemy się szczerze i głośno, ale w końcu śmiech grzęźnie nam w ściśniętym gardle. Makabryczny kucharz już czeka na nasze uda, móżdżki i płucka. Gdy światło gaśnie, słychać ostrzenie noży.

The Feast is tasty, though it is likely to produce heartburn…
a moral one.

The new performance by Theatre Usta Usta Republika ruthlessly deals with human greed, insatiability and objective treatment of another human being. When gorging on anything, one should be careful not to be devoured in their turn.We attend The Feast in an unusual restaurant. There are two cooks at the table from which we are to eat. They are naked to their waist, while their bodies have been treated like meat carcasses – lines traced with marker divide bacon, breast and neck, though the macabre chef is keen on internal organs as well. The table is a place where successive dishes are prepared and eaten, where people drink, argue, debate and do business. The judge comes up with a splendid idea for business, namely selling organs of the deceased, and wants to enter into a partnership with a funeral parlour, insurance company and the chef. In the end, he is all but devoured by the experts in feeding on human misery. One does not leave the table just like that – it is a trap, a prison. In The Feast, people constantly appear as food, which in itself is incapable of satisfying its hunger. Two fishes – a pair filled by mutual hate – devour each other in a battle of marital hatred, blaming each other for the unfulfilled lives. The woman shouts to her partner that if she had a chance, she would fall in love with him again, only to be able to hate him again with equal passion. It is hunger that makes individuals who are the most dissatisfied with their existence cling to life. We are taught to eat ourselves full since childhood, with every successive spoon stuffed into our mouths by mothers. “Take; and eat of it” is what religion teaches us too.The Feast ridicules ceaseless consumption, the castings and talent shows which make the person an appraisable object, the eroticisation of language, known so well from food commercials, organ trade, the attempts to calculate the financial value of the human being, exploitation, the ever newer and stranger whims which cannot be satisfied. In the haze of absurdity our laughter is genuine and loud, but finally it sticks in the throat. The macabre cook is already waiting for our thighs, brains and lungs. As the lights go out, you can hear knives being sharpened.

„Uczta” wygrała Klamrę
Joanna Zaworska teatrdlawas.pl Wieczorem, w sobotę 15 marca ogłoszono werdykt 22 Alternatywnych Spotkań Teatralnych Klamra. Głosami widzów nagrodę główną przyznano poznańskiej grupie Usta Usta Republika za spektakl „Uczta”. O trofeum toruńskiego festiwalu rywalizowało 12 przedstawień, najlepszych scen alternatywnych w kraju.
Człowiek to tylko sterta mięsa
Małgorzata Strzyżewska kulturalnytorun.pl Podczas wtorkowej Uczty, na którą zaprosił nas teatr USTA USTA Republika, mieliśmy okazję przyjrzeć się konsumpcji w każdym tego słowa znaczeniu. Obżarstwo, handel żywym towarem, kanibalizm, komercjalizacja funeralna, anoreksja, a nawet zażarta walka kochanków, którzy na naszych oczach …
Na wieki wieków, smacznego!
Natalia Grudzieńkultura.poznan.pl „Na początku była chuć” – pisał Stanisław Przybyszewski. „Na początku był głód” – zdają się mówić artyści z Teatru Usta Usta. Był, jest i będzie: „na wieki wieków, smacznego!”. Centralne miejsce sceny to stół. Wielki, pokryty czerwonym obrusem. …

Co to znaczy przeżyć wojnę?

Kamila Łapicka
e-teatr.pl

Skarbunieczka można poznać na dwa sposoby. Pierwszym jest poszerzenie domowego księgozbioru o album opracowany przez historyka sztuki z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Piotra Kordubę. Drugim jest znalezienie się na widowni spektaklu przygotowanego przez poznański teatr Republika Usta Usta. Polecam oba sposoby, w tej właśnie kolejności. Album i przedstawienie noszą ten sam tytuł, „Tymczasem pa, Kochany Skarbunieczku”, choć ich zawartość jest nieco inna. W albumie zgromadzono listy rysunkowe Antoniego Kowalskiego do syna Jerzego vel Skarbunieczka powstałe między 1941 a 1944 rokiem. Ojciec przebywał w Poznaniu, a więc w poddawanym germanizacji Kraju Warty, a syn u krewnych na wsi w okolicach Słupcy. Rodzice wysłali go tam z powodu konieczności wypełniania obowiązku pracy oraz ze względu na dostęp do zdrowej żywności. Miał wówczas pięć lat. Poza nielicznymi i pospiesznymi wizytami, rysunkowe listy stanowiły ważną formę komunikacji rodzinnej. Ich tematykę proponował sam Jurek, wystawiał też ojcu oceny. Na obrazkach są wyrysowane (słówko używane przez Antoniego Kowalskiego) poznańskie ulice, „Zoolog” i rozmaite środki lokomocji (tramwaje, parowozik, kolejka wąskotorowa), które były bliskie Kowalskiemu z powodu wykonywanej profesji – był inżynierem w zakładach „Cegielskiego”. W rysunkowej formie został uwieczniony także fotel dentystyczny i Sabina, matka Jerzego, z zawodu stomatolog. Na odwrocie każdego rysunku znajdował się tradycyjny list, zakończony zwykle słowami „Pa, Kochany Skarbunieczku”. Listy dotyczyły bieżących spraw – podróży ojca do syna, znanych miejsc, wspólnych zabaw. Antoni nie stronił także od dydaktyki i napominał chłopca, by sprawował się dobrze, dużo jadł i stawiał proste literki. Jedynym śladem wojny w tym alternatywnym świecie są niemieckie napisy, nazwy ulic i tablice. Trzon spektaklu Republiki Usta Usta stanowią przeżycia Skarbunieczka, jednak towarzyszy im kilka dodatkowych wątków. Jedne z nich pozostają w sferze wyobraźni, inne są realistyczne. Do pierwszej grupy zaliczyć można sceny, w których zabawki z dziecięcego pokoju (Misia, Dobosza, Kredkę) poddano antropomorfizacji – z ich pomocą Jurek starał się zrozumieć nową sytuację, w jakiej się znalazł: konieczność rozłąki z rodzicami i wyjazdu na wieś. Tego wątku w ogóle nie ma w albumie, ponieważ listy chłopca do ojca się nie zachowały. Podobny charakter ma konfrontacja Skarbunieczka z Gauleiterem i Zandarmem – która służy przedstawieniu porządków panujących „we wzorcowym okregu Warthegau Posen” – oraz z Hitlerem. Jego obecność pozwala przerzucić pomost pomiędzy światem wyobraźni i faktami. Hitler uruchamia postać Śmierci, która choć cały czas obecna na scenie, była tak naprawdę poza horyzontem głównego bohatera. Elementem mającym związek z rzeczywistością jest także wprowadzenie poziomu meta, czyli ujawnienie układu komunikacyjnego scena – widownia. Od czasu do czasu wykonawcy wychodzą z roli i komentują poczynania bohaterów, głównie wybory rodziców Skarbunieczka. Najwięcej kontrowersji wzbudza decyzja o rozłące z dzieckiem. Jeden z wątków odcina się wyraźnie od pozostałych. To opowieść Śmierci skierowana do Skarbunieczka, dla którego realia pierwszej połowy lat czterdziestych – wojna, głód i groza – były kwestią mglistą. „Przezyłes wojne, ale wojny nie przezyłes” – podsumowuje Śmierć. Wcześniej przedstawia chłopcu fragment historii lokalnej, rozpoczynając swoją narrację słowami: „Dziesiec kilometrow od miejsca, w ktorym bawiłes sie w zbozu i pasłes krowe był Zagorow. Małe miasteczko, w ktorym przed wojna mieszkali Niemcy, Polacy i Zydzi…”. W Zagórowie utworzono getto, które zostało zlikwidowane w 1941 roku. Jego mieszkańców zgładzono w lesie pod Kazimierzem Biskupim. Aktorzy odtwarzają ten moment w symbolicznym tańcu śmierci. Poruszają się w kręgu spleceni ramionami, w oparach dymu, a pośrodku stoi Ona w osobie Grzegorza Ciemnoczołowskiego, prawdziwie mefistofelicznego w charakteryzacji i powściągliwego w sposobie bycia. Wprowadzając problematykę Zagłady, reżyser Wojciech Wiński i autorka scenariusza Ewa Kaczmarek (wcielająca się w rolę Mamy) postępują niejako wbrew intencjom rodziców Skarbunieczka, którym udało się ocalić sielskie-anielskie dzieciństwo chłopca na tyle, na ile to było możliwe. Podobny charakter mają rozmowy Jurka z zabawkami, szczególnie Kredka-intrygantka robi wszystko, by dodać do słownika chłopca nowe terminy: rozstrzelanie, przesiedlenie, ucieczka. Rolę tę gra bardzo sugestywny i odziany na żółto od stóp do głów Artur Śledzianowski. Na początku coś się we mnie buntowało przeciwko tej koncepcji. Kto nie chciałby wierzyć, że można ustrzec dziecko przed traumą wojny. Przykład podobnej postawy można odnaleźć we współczesnym świecie. Jakiś czas temu Internet obiegł filmik z Syrii – ojciec uczy na nim malutką córkę, że na dźwięk wybuchu bomby trzeba się śmiać, bo to taka zabawa. Rozumiem jednak, że spektakl prezentuje pełen obraz świata – awers i rewers czasu wojny – uświadamiając nieuświadomione i troszcząc się o pamięć. Moje oczekiwania wobec tej inscenizacji były wysokie. Sama idea przeniesienia na scenę dokumentu tak osobistego, a jednocześnie symbolizującego życie milionów ludzi różnych narodowości w czasie wojny, wydał mi się fenomenalny. Do tego artyści wybrali adekwatną przestrzeń. Skarbunieczek był grany na Scenie Małej Republiki Sztuki Tłusta Langusta, przy ulicy Ratajczaka 44, na czwartym piętrze. Kameralna sala, widzowie siedzący na ławkach po dwóch stronach pola gry. Niemal zanurzeni w akcji. Wszystko to sprawiło, że powstał udany, potrzebny spektakl. Prostota scenografii uwypuklała jeszcze dramatyzm opowieści. Używając niewielu rekwizytów, twórcy skorzystali jednocześnie ze wszystkich technicznych rozwiązań dostępnych w pokoju gry. Wbiegali po schodach na piętro, a w finałowych sekwencjach otworzyli drzwi znajdujące się w tyle sceny, za którymi siedział Hilter. Zło nawet jeśli nie widoczne, to jednak przez cały czas obecne. Roman Andrzejewski zdecydował się odegrać Führera, jakiego znamy z przemówień: ostre gesty, wyprężona sylwetka, nieznoszący sprzeciwu głos. Warto jeszcze powiedzieć, w jakiej formie pojawiły się na scenie rysunki z albumu-źródła: jeden z nich był wyświetlony jako duża projekcja, inny w formacie A4 pokazał na początku spektaklu aktor grający Tatę, Marcin Głowiński. Grał go z delikatnością i wyrozumiałością; tak wyobrażałam sobie Antoniego Kowalskiego oglądając album. Doceniam także kostiumy projektu Idalii Mantas: intensywne kolory (błękit, czerwień, żółć), ciekawe wzory. To właśnie kostium był sygnałem metamorfozy Dariusz Zakrzewskiego, występującego w roli Skarbunieczka. Spektakl rozpoczynał jako dorosły mężczyzna, mówiący o tym, jaką wagę miała dla niego teczka z rysunkami ojca. Po chwili pakował już swój bagaż na wieś, włożywszy wcześniej krótkie porteczki oraz kamizelką z liskiem i słoneczkiem na oczach widzów. Na końcu spektaklu sytuacja się powtórzyła. Skarbunieczek wydoroślał i wyjaśnił, że w 1944 roku powrócił do rodziców. Tytułem aneksu możemy dodać, że ukończył Politechnikę Poznańską, następnie wykładał w Meksyku i Chile, by na koniec wrócić do Poznania i zamieszkać w rodzinnym domu przy ul. Ostroroga. Zmarł niedługo po wydaniu albumu, w roku 2013.

05.03.2020

Na rysunkowej wojnie

Teatr […] ukazuje historię wojny oczami sześcioletniego chłopca. Tata relacjonuje mu okupacyjną codzienność, fałszując ją w tworzonych specjalnie dla niego rysunkach. To przedstawienie dla dorosłych, choć nie brak w nim ulubionych zabawek dzieci – pluszowego misia, żołnierzyka i kredek.

Od wojny nie ma ucieczki

Sabina i Antoni Kowalscy to inteligenckie małżeństwo z przedwojennego Poznania. Wojna szybko zabrała im jedno z dwojga dzieci – półroczny Wituś zmarł z odwodnienia w czasie wrześniowej, bezskutecznej ucieczki przed frontem i wrogiem. Ich drugi syn – trzyletni Jurek, zwany przez rodziców czule Skarbunieczkiem, przeżył wrzesień, lecz Sabina i Antoni, objęci przymusem pracy, nie byli w stanie się nim opiekować.

Jak nie przeżyć wojny

Stworzyć iluzję, kolorową bańkę, do której nie docierają odgłosy spadających bomb i widmo śmierci czy lepiej opowiedzieć dziecku prawdę o okrucieństwie wojny? Jeśli kłamać, to jak? Jeśli mówić prawdę, to od czego zacząć? A może w obliczu niewypowiedzianego lepiej milczeć? Twórcy spektaklu „Tymczasem pa, Kochany Skarbunieczku” nie wybiorą za nas właściwej odpowiedzi.

Jak nie przeżyć wojny

Sylwia Klimek
kultura.poznan.pl

Stworzyć iluzję, kolorową bańkę, do której nie docierają odgłosy spadających bomb i widmo śmierci czy lepiej opowiedzieć dziecku prawdę o okrucieństwie wojny? Jeśli kłamać, to jak? Jeśli mówić prawdę, to od czego zacząć? A może w obliczu niewypowiedzianego lepiej milczeć?

Twórcy spektaklu „Tymczasem pa, Kochany Skarbunieczku” nie wybiorą za nas właściwej odpowiedzi. Bo nie ma właściwej.

„Horror, piekło, ból. Nie mam lalki do zabawy, nie mam czekolady. Moimi zabawkami są dźwięki pocisków”. „Pamiętam przesiadywanie w piwnicach i kiedy spadł jakiś nabój lub pocisk, zgadywaliśmy nazwę broni, z której zostały wystrzelone i gdzie uderzyły”. „Wojenne dzieciństwo – gruszki, o które błagaliśmy wujka Ilję”. „Zbieranie deszczówki do miednicy, mroźna jesień 1992 r. Lot granatu nad głowami, gdy graliśmy w piłkę na łące”. To fragmenty wspomnień zebranych w otwartym w 2017 r. w Sarajewie Muzeum Dzieciństwa Czasów Wojny, dokumentującym wojenne doświadczenia najmłodszych świadków tragicznych wydarzeń w Bośni w latach 90. XX w. Pomysłodawcą Muzeum, które cały czas rozszerza swoją opowieść, włączając w nią m.in. wspomnienia ofiar ostatnich konfliktów zbrojnych w Syrii czy Donbasie, jest Jasminko Halilović, który w momencie wybuchu wojny na Bałkanach miał cztery lata. Przyznał w jednym z wywiadów, że był zbyt mały, by wszystko rozumieć, ale jednocześnie dostatecznie duży, by w jego głowie pozostały konkretne obrazy z oblężonego Sarajewa: – Pamiętam trudne dla mojego miasta momenty. Bombardowania. Oglądane w piwnicy wiadomości o kolejnych masakrach. Któregoś dnia usłyszeliśmy w telewizji, że w naszym sąsiedztwie zginęła dziewczyna. To była moja przyjaciółka – wspominał w rozmowie przed otwarciem Muzeum, które zadedykował właśnie jej.

Skrzypiąca huśtawka, odrapany rower, lalka, wytarty miś, niepełny zestaw kredek… przedmioty towarzyszące wojennej traumie, podarowane przez dzieci, które przeżyły wojnę na Bałkanach, trafiły do muzealnych gablot. Mogą je teraz wraz z dorosłymi oglądać najmłodsi. I wysłuchać tragicznych wspomnień, które działają na wyobraźnię i wrażliwość widza nierzadko mocniej niż dokumentalne zdjęcia z frontu walk. Są głośnym, jednoznacznym i poruszającym najczulsze struny antywojennym manifestem. Wykrzyczanym dorosłym prosto w oczy: „Co wy najlepszego zrobiliście?!”.

Tę bałkańską opowieść o dzieciństwie czasów wojny i jego konsekwencjach miałam przed oczami przez cały spektakl Teatru Usta Usta Republika Tymczasem pa, Kochany Skarbunieczku. Bo bezpośrednia do niego inspiracja – blok z rysunkami z czasów II wojny światowej, odnaleziony przed kilkoma laty przypadkiem przez poznańskiego historyka sztuki, profesora Piotra Kordubę – śmiało mógłby się znaleźć w jednej z gablot sarajewskiego muzeum. W momencie, kiedy wybucha wojna na Bałkanach Jasminko Halilović ma mniej więcej tyle lat, co bohater spektaklu Teatru Usta Usta Republika – Jureczek Kowalski, pieszczotliwie nazywany przez rodziców Skarbunieczkiem. To on opowiada nam wojnę, choć właściwie jej nie przeżył. „Przeżyłeś wojnę i jej nie przeżyłeś” – uświadamia Skarbunieczkowi obecna cały czas na scenie Śmierć (w tej roli mroczny, sugestywny Grzegorz Ciemnoczołowski). „Nie przeżył”, bo rodzice skutecznie spróbowali wojnę z dzieciństwa syna wymazać (skojarzenia z filmem Życie jest piękne Roberto Benigniego nasuwają się same). Kiedy w 1939 r. Niemcy wkraczają do Poznania, Sabina (Ewa Kaczmarek) i Antoni (Marcin Głowiński) Kowalscy wysyłają dziecko na bezpieczniejszą (przynajmniej w ich odczuciu) wieś, a rozłąkę i tęsknotę za domem próbują mu zrekompensować regularnie wysyłając do niego listy, opatrzone rysunkami „kolorowej” rzeczywistości za oknem: słoń i żyrafa w poznańskim zoo, wesoły parowóz na dworcu, kolorowe tramwaje krążące po mieście. Słońce świeci, kwitną kwiaty… Nic, absolutnie nic nie sugeruje, że wokół toczy się wojna, a oddany ciotce na wychowanie Jureczek jest także jedną z jej ofiar.

Aktorzy próbują odtworzyć ten rysunkowy, alternatywny świat na scenie. Grają ukochane zabawki Skarbunieczka: Misia, Żołnierzyka i Kredkę. Bawią się z nim w zabawy zaproponowane w listach przez ojca. Przekomarzają się, śmieją i obrażają. Idylla na wsi trwa do momentu, kiedy Miś i Żołnierzyk nie zamienią się w członków Hitlerjugend, a z czeluści pokoju nie wyłoni się Führer. Kredka co prawda chciała Skarbunieczkowi prawdę powiedzieć już dawno. Ale nie przebiła się z nią. Bańka kłamstw stworzona wokół Skarbunieczka przez dorosłych okazała się wyjątkowo szczelna.

Na scenie cały czas ścierają się te dwie postawy: głos mówiący o konieczności odkłamania okupacyjnej rzeczywistości, opowiadania o życiu w ciągłym zagrożeniu, śmierci czającej się za rogiem – to wszystko zostaje zamknięte w sugestywnej, porażającej scenie Zagłady Żydów, której dokonali Niemcy niedaleko wsi, w której wychowywał się Jureczek. Na drugim biegunie pozostają kochający rodzice, próbujący uchronić dziecko przed wojenną traumą.

Mała Scena Teatru Usta Usta Republika (nowa scena na IV piętrze Arkadii, dwa poziomy nad Teatrem Ósmego Dnia) znakomicie została wpisana i wykorzystana w spektaklu. Ciasna, pomalowana na czarno, klaustrofobiczna przestrzeń dusi i przytłacza. W kolejnych otwieranych z zaskoczenia drzwiach pojawiają się nowi bohaterowie, zabawki Skarbunieczka chowają się w ogromnej, trzydrzwiowej szafie, a niewielka antresola udaje dom rodzinny Kowalskich. Niezwykle ważne są szczegóły: fragmenty garderoby, drobne rekwizyty, które układają się w kolejne sceny. I aktorzy, którzy podchodzą bardzo blisko. Latarkami świecą widzom prosto w oczy. Krzyczą do ucha. Wyraźnie widzisz łzy matki i czarne paznokcie Śmierci… Ty też jesteś częścią tej historii. — recenzja spektaklu z 26.01.2020

Na rysunkowej wojnie

Teatr […] ukazuje historię wojny oczami sześcioletniego chłopca. Tata relacjonuje mu okupacyjną codzienność, fałszując ją w tworzonych specjalnie dla niego rysunkach. To przedstawienie dla dorosłych, choć nie brak w nim ulubionych zabawek dzieci – pluszowego misia, żołnierzyka i kredek.

Co to znaczy przeżyć wojnę?

Skarbunieczka można poznać na dwa sposoby. Pierwszym jest poszerzenie domowego księgozbioru o album opracowany przez historyka sztuki z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Piotra Kordubę. Drugim jest znalezienie się na widowni spektaklu przygotowanego przez poznański teatr Republika Usta Usta. Polecam oba sposoby

Od wojny nie ma ucieczki

Sabina i Antoni Kowalscy to inteligenckie małżeństwo z przedwojennego Poznania. Wojna szybko zabrała im jedno z dwojga dzieci – półroczny Wituś zmarł z odwodnienia w czasie wrześniowej, bezskutecznej ucieczki przed frontem i wrogiem. Ich drugi syn – trzyletni Jurek, zwany przez rodziców czule Skarbunieczkiem, przeżył wrzesień, lecz Sabina i Antoni, objęci przymusem pracy, nie byli w stanie się nim opiekować.

Od wojny nie ma ucieczki

Juliusz Tyszka
teatralny.pl

Sabina i Antoni Kowalscy to inteligenckie małżeństwo z przedwojennego Poznania. Wojna szybko zabrała im jedno z dwojga dzieci – półroczny Wituś zmarł z odwodnienia w czasie wrześniowej, bezskutecznej ucieczki przed frontem i wrogiem. Ich drugi syn – trzyletni Jurek, zwany przez rodziców czule Skarbunieczkiem, przeżył wrzesień, lecz Sabina i Antoni, objęci przymusem pracy, nie byli w stanie się nim opiekować. Jesienią 1940 roku postanowili przechować go u siostry Sabiny na wsi, niedaleko Słupcy, przemianowanej przez Niemców na Grenzhausen.

Oni sami nie mogli wyjechać z Poznania – Niemcy potrzebowali dentystki oraz inżyniera, który był zatrudniony w zakładach Cegielskiego, przerobionych na fabrykę amunicji. W każdej chwili jednak mogli któreś z nich aresztować i wywieźć do Ravensbrück lub Auschwitz pod zarzutem medycznego bądź technicznego sabotażu. Raz już nawet próbowali aresztować Jerzego – wybronił go prominentny niemiecki sąsiad – naczelny dyrektor Deutsche Waffen und Munitionsfabriken, czyli przerobionych na hitlerowsko-wojenną modłę zakładów Cegielskiego.

Jurek-Skarbunieczek spędzał wiosny i lata na wsi, u wujka i cioci, dbających o niego jak o własne dziecko. Musiał mówić im „tato” i „mamo”, choć nie do końca rozumiał, dlaczego. Na jesień i zimę wracał do domu – nie tego dużego i dostatniego na poznańskim willowym Grunwaldzie, lecz najpierw do dwupokojowego mieszkanka na peryferyjnym Górczynie, potem do położonej w tej samej dzielnicy jednoizbowej klitki. Lepsze mieszkania były przeznaczone dla prawidłowych rasowo przesiedleńców.

Jurek wrócił na dobre do Posen dopiero pod koniec 1944 roku, gdy wiadomo już było, że zaraz przez Wielkopolskę przetoczy się front. Jego matka dostała w ciągu tych kilku lat od Niemców tylko jedną przepustkę na wyjazd z Poznania, ojciec mógł go za to odwiedzać niemal co tydzień. Tyle że aby opuścić festung Posen musiał w swym zakładzie pracy wyrobić sobie „lewe” przepustki, dzięki którym w niedzielę mógł przemieszczać się po krainie zwanej wówczas Warthegau „w ważnych sprawach gospodarczych i militarnych”. Ryzykował sporo, każda przypadkowa kontrola dokumentów mogła go narazić na definitywne już aresztowanie. Chyba się jednak nad tym w ogóle nie zastanawiał. Zaczynał niedzielne podróże o czwartej nad ranem, wracał do domu wieczorem. Jego droga na podsłupecką wieś trwała długie godziny – z pociągu przesiadał się na autobus, ewentualnie na przygodną furmankę, a najczęściej szedł piechotą. Na spotkania z synem zostawało mu bardzo mało czasu. Ale te minuty były dla dziecka i dla ojca bezcenne. Antoni przywoził synowi nie tylko swą kochającą obecność i wieści, lecz także wykonane przez siebie rysunki pociągów, tramwajów, domów, ulic. Ilustrował też dla synka scenki z codziennego życia i szczególnie lubiane przez Jurka portrety zwierząt z poznańskiego ZOO. Nie było na nich najmniejszego śladu wojny – Antoni chronił syna przed okupacyjną traumą.

Wojna się skończyła, rysunki zostały. Odkrył je dla współczesnych pokoleń historyk sztuki, Piotr Korduba, zbierając materiały do książki o architekturze dzielnicy Grunwald (Kowalscy po wojnie przenieśli się z powrotem do swego domu, który po ich śmierci odziedziczył Jerzy). I to właśnie on wyciągnął rysunki swego ojca z biblioteczki, pokazując je historykowi sztuki, a ten, zdając sobie sprawę z wagi znaleziska, doprowadził do wydania albumu zawierającego przepojone miłością i tęsknotą wojenne szkice. Nadał mu tytuł: Tymczasem pa, Kochany Skarbunieczku! Listy rysunkowe Antoniego Kowalskiego do syna Jerzego z okupowanego Poznania.

Album ten stał się inspiracją dla twórców poznańskiego Teatru Usta Usta Republika. Stanęli oni przed niełatwym zadaniem przekształcenia historii rodziny Kowalskich w sprawną teatralną narrację. Mieli już co prawda za sobą udane doświadczenie pracy nad Zrywem – opowieścią o powstaniu wielkopolskim, ale tam pokazywali tylko i wyłącznie losy, wybory i uczynki ludzi dorosłych, a tu…

Scenariusz autorstwa Ewy Kaczmarek skupia się początkowo na wyjaśnieniu widzom, o czym w spektaklu będzie mowa. Album krąży wśród widzów, rozsadzonych pod dwoma przeciwległymi ścianami małej teatralnej sali, a w historię rodziny Kowalskich i rysunków Antoniego wprowadzają nas trzej nieodłączni towarzysze przedwojennych dziecięcych zabaw Skarbunieczka: Miś (Przemysław Zbroszczyk), Żołnierzyk (Mikołaj Podworny) i Kredka (Artur Śledzianowski). Nie brak w tym wstępie metakomentarza, który można streścić tak: „Gramy zabawki, to samo w sobie jest dość trudne, a jeszcze będziemy musieli pokazać wojnę z perspektywy dziecka”. Miś, Kredka i Żołnierzyk dokonują prezentacji rodziców Jurka (Ewa Kaczmarek i Marcin Głowiński), którzy wkrótce – jako przyszli nieobecni – wejdą po stromych schodach na antresolę i przez długi czas na niej pozostaną. Wówczas Kredka, Żołnierzyk i Miś opowiedzą nam o ich dramatycznej naradzie, której efektem będzie wysłanie synka na wieś.

Na scenie obecna jest cały czas jeszcze jedna postać – mężczyzna ubrany w czarny, długi płaszcz i w czarne, wysokie buty (Grzegorz Ciemnoczołowski). Paznokcie też ma pomalowane na czarno. Te bardzo wyraźne znaki określają precyzyjnie jego sceniczną tożsamość – to Śmierć, nieodłączna, wierna towarzyszka wojny. Ciemnoczołowski snuje się po scenie, „akompaniując” bezceremonialnie poczynaniom bohaterów spektaklu swymi działaniami, które przypominają nam, widzom, że ta rodzinna historia o rozłące i miłości dzieje się w czasie naznaczonym strachem, pogardą i odchodzeniem milionów ludzi w niebyt. Jego nieustanna, drażniąca, fascynująca, co do centymetra odmierzona obecność, trafnie kontrapunktuje naiwne odczytywanie wojny przez dziecięcego bohatera. To wielki walor tego spektaklu.

Rodzice naradzają się gdzieś w górze, a Śmierć uprzejmie podpowiada Jurkowi słowo-klucz ich rozmowy: „wojna”. Wkrótce oni sami objaśnią mu, czego w czasie wojny będzie pozbawiony: na przykład kapelusza taty, tulenia na dobranoc, a poza tym ogromnej większości zabawek, bo na wiejskie wygnanie może zabrać tylko jedną z nich. Zabawki natychmiast rozpoczynają zażartą walkę o to, kto pojedzie ze Skarbunieczkiem. Na nic się zdają wysiłki Misia i Żołnierzyka – są za duzi. Miejsce jest tylko dla Kredki. Pozostałe zabawki zostają zamknięte w szafie przez Śmierć, która następnie przygląda się beznamiętnie rozpaczliwemu pożegnaniu matki z synem, w czasie którego dorosły Jerzy (Dariusz Zakrzewski), przyodziany dotąd w garnitur i krawat, zamienia się już na dobre w Skarbunieczka, nakładając na to ubranie dziecięcą koszulkę i krótkie spodenki.

Na wyimaginowanym, dworcu mozolnie sylabizuje napisy na wagonach: „Nür für Deutsche”, „Deutsche Reisebahn”. Od tego właśnie ucieka. Czy na dobre? Czy na pewno? W jednej z następnych scen zabawki snują rozważania o tym, że dorośli są fałszywi, bo ukrywają rozmaite fakty przed dziećmi „dla ich dobra”. Czy słusznie? Czy zawsze skutecznie?

Opisane tu pierwsze sceny spektaklu doskonale oddają intencje Teatru Usta Usta Republika – wojna, widziana oczyma dziecka, wydaje się z perspektywy ich scenicznej narracji czymś dziwnym, zagadkowym, wprowadzającym uciążliwe ograniczenia, lecz raczej mało strasznym. Taki obraz wojny przechował zapewne w pamięci Jureczek-Skarbunieczek, skutecznie odizolowany od mordu, głodu, panicznego strachu o życie, od pogardy i śmierci. Zapewne dopiero nadejście frontu, potem zacięte walki o Poznań, zwłaszcza o Cytadelę, a potem jeszcze opowieści o grozie wojny uświadomiły mu, czego przez ponad trzy lata zdołał uniknąć dzięki rozpaczliwej, ale chyba słusznej decyzji rodziców. Były to jednak tylko oddalone od Górczyna detonacje oraz relacje z drugiej ręki, a nie bezpośrednie, osobiste doznania. Pod koniec Śmierć z właściwą sobie okrutną ironią mówi mu: „Przeżyłeś wojnę i jej nie przeżyłeś”. A przedtem wypowiada, ot tak sobie, dla swej „śmiertelnej” zabawy dziecięce rymowanki, tyle że „wojennie przerobione”: „Szczeka piesek, szczeka, przed wojną ucieka”, „Chodzi lisek koło drogi, bez przepustki i bez nogi”. Jest to jej komentarz do ulubionych przez Jurka rysunków zwierząt, jakie tata przywozi mu na wieś, a które przed chwilą rzucone były na ścianę jako sugestywne ilustracje do opowieści ojca o uciążliwych podróżach z Poznania na wieś i o wąziutkich skrawkach czasu pozostawionych mu na spotkania z synem.

Dla Skarbunieczka wojna to przede wszystkim długotrwała rozłąka z ukochanymi rodzicami. Tęskni za nimi rozpaczliwie – to cena za wiejski azyl i za (względne) bezpieczeństwo. Wyrazem tęsknoty są między innymi odgrywane przezeń „istotne rozmowy” Sabiny i Antoniego – mamę uosabiają obcęgi, tatę – młotek.

Wojna zawsze boli. Nie ma od niej ucieczki. I twórcy tego przedstawienia zadbali o to, by widzowie dokładnie sobie uświadomili rozmiar jej bestialstw i okrucieństw, których Jurek szczęśliwie uniknął. Najpierw Miś i Żołnierzyk, przebrani w przerobione „na dziecięco” hitlerowskie uniformy (swastyki na ramionach mają w środku gwiazdki), uświadamiają nas, na czym polega niemiecki porządek w Warthegau. Konkluzja: „Możemy nadużywać prawa, więc nadużywamy”. (A prawo to – dodajmy – jest już i tak rasistowsko, totalitarnie wypaczone, bez żadnego nadużywania).

Potem waleniem w drzwi umiejscowionej za szafą wnęki daje o sobie znać sam Adolf Hitler (Roman Andrzejewski). Dialog führera ze Skarbunieczkiem stanowi jeden z centralnych punktów kompozycji przedstawienia, ma pomóc nam w ostatecznym uświadomieniu sobie, jak wojna może być przeżywana przez odizolowane od niej dziecko, które zmuszone jest umiejscowić ją w swej wyobraźni. Tego typu dialog jest zadaniem piekielnie trudnym, właściwie niemożliwym do zadowalającego spełnienia się, zarówno w swej warstwie literackiej, jak i aktorskiej. Niestety, wyraźnie było to słychać i widać na malutkiej Scenie Małej Republiki Sztuki Tłusta Langusta: niezbyt przekonujący był zarówno „uczłowieczony” (ale nie zanadto) Hitler Andrzejewskiego, jak i, owszem, ciut dziecinny, lecz w swych wypowiedziach zaskakująco dorosły Skarbunieczek Zakrzewskiego.

Hitler uświadamia Jurka, że „nie ma tatusiów, są wrogowie”, a Jurek pyta, kim byli rodzice wodza Rzeszy, wytrącając go oczywiście tym pytaniem z „hitlerskiej” ekspresji cielesnej i wokalnej. Na sam koniec dziecko przywraca sobie izolującą od wojny równowagę, wykrzykując: „Nie jest pan wart tego, by mieszkać w mojej głowie. Zdmuchnę pana!”. I zdmuchuje.

Zanim jednak Hitler zejdzie ze sceny, przywołuje sprzymierzoną z nim najwyraźniej Śmierć, do której będzie należało ostatnie słowo. Opowieść, snuta przez Ciemnoczołowskiego, jest – jak sam wyznaje – zbyt okropna nawet dla Śmierci. A dotyczy popełnionej przez hitlerowców straszliwej, okrutnej zbrodni: w 1941 roku w lesie Krążel koło Kazimierza Biskupiego, około 10 kilometrów od wsi, w której mieszkał Skarbunieczek, wymordowano blisko osiem tysięcy Żydów. Większość z nich zagnano do dołów z niegaszonym wapnem, a potem polano wodą. Niemcy wprowadzali dopiero do użytku ciężarówki-ruchome komory gazowe, używane później na masową skalę między innymi w obozie Chełmno-Kulmhof. Cyklon B też nie był jeszcze przemysłowo stosowany, więc taka właśnie, „chałupnicza” metoda masowego mordu wydawała się gestapowskim katom najbardziej wydajna.

Wstrząsająca relacja Śmierci składa się z dostępnych w Internecie pod hasłem „las Krążel” fragmentów zeznań, jakie w 1945 roku złożył Mieczysław Sękiewicz z Konina, zmuszony przez Niemców do zakopywania ofiar. Skarbunieczek reaguje na tę relację panicznym krzykiem: „Nie!”. Przedtem słyszymy łoskot rzucanych w szafę butów – to zapewne strzały, które dobijają poruszających się jeszcze w dołach ludzi. Ofiary, tańczące dotąd ekstatycznie w środku sali ze Śmiercią, która zajmuje miejsce w centrum grupy, wchodzą stłoczone do wnęki za szafą. Mowa jest wtedy o rozrywaniu splecionych, martwych ciał, by móc je pochować. Ciemnoczołowski do stwierdzenia, że to zbyt okropne nawet dla Śmierci, dodaje: „Dla dorosłych też”, a Jurek reaguje na to rozpaczliwym: „Nie wiedziałem!”. Wtedy Śmierć wypowiada najistotniejsze w tym spektaklu zdanie: „Przeżyłeś wojnę, ale jej nie przeżyłeś”, a potem Ciemnoczołowski rzuca, już całkiem poza postacią: „Problem w tym, że jesteśmy dorośli”. My – aktorzy i my – widzowie. Co zrobimy z tym, czego się dowiedzieliśmy i co przeżyliśmy w salce Sceny Małej Teatru Usta Usta Republika? Czy tak naprawdę wiemy, co to wojna? Jesteśmy jak Skarbunieczek – „zdmuchujemy” ją z naszej wyobraźni, wypieramy, umiejscawiamy w bezpiecznych obrazach oglądanych w wygodnych kinowych fotelach. Czy zdajemy sobie sprawę z całego jej nieludzkiego, odczłowieczającego sensu, z nieuchronnego, niszczącego wpływu na ludzką psychikę?

Spektakl Teatru Usta Usta Republika prowokuje nas do zadania sobie takich właśnie pytań, które niestety stają się dziś coraz bardziej aktualne.

24-01-2020

Na rysunkowej wojnie

Teatr […] ukazuje historię wojny oczami sześcioletniego chłopca. Tata relacjonuje mu okupacyjną codzienność, fałszując ją w tworzonych specjalnie dla niego rysunkach. To przedstawienie dla dorosłych, choć nie brak w nim ulubionych zabawek dzieci – pluszowego misia, żołnierzyka i kredek.

Jak nie przeżyć wojny

Stworzyć iluzję, kolorową bańkę, do której nie docierają odgłosy spadających bomb i widmo śmierci czy lepiej opowiedzieć dziecku prawdę o okrucieństwie wojny? Jeśli kłamać, to jak? Jeśli mówić prawdę, to od czego zacząć? A może w obliczu niewypowiedzianego lepiej milczeć? Twórcy spektaklu „Tymczasem pa, Kochany Skarbunieczku” nie wybiorą za nas właściwej odpowiedzi.

Co to znaczy przeżyć wojnę?

Skarbunieczka można poznać na dwa sposoby. Pierwszym jest poszerzenie domowego księgozbioru o album opracowany przez historyka sztuki z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Piotra Kordubę. Drugim jest znalezienie się na widowni spektaklu przygotowanego przez poznański teatr Republika Usta Usta. Polecam oba sposoby

Wszyscy jesteśmy azylantami

Rozmowa Sylwi Klimek
kultura.poznan.pl

Wizja świata-pułapki, naznaczonego samotnością, zagubieniem, niespełnieniem i doświadczeniem straty to tematy pojawiające się w wielu spektaklach Teatru Usta Usta” – pisał o Was już wiele lat temu jeden z krytyków. Brzmi jak opis rzeczywistości, w której żyjemy od kilku tygodni.

Wojciech Wiński: To była pierwsza myśl, jaka pojawiła się w naszych głowach, kiedy zostaliśmy zamknięci w domach – że w zasadzie staliśmy się wszyscy azylantami ze spektaklu Ambasada, który wymyśliliśmy przed laty jako metaforę. Nagle się okazało, że rzeczywistość przerosła metaforę. I zadaliśmy sobie pytanie, czy to nie jest przypadkiem dobry moment, by wrócić do Ambasady i zrealizować ją w nowej rzeczywistości.



Jak sobie radzicie z tą rzeczywistością?

W.W. Jak wszyscy, czyli średnio. Cierpimy z tych samych powodów, a dodatkowo jeszcze dotkliwie odczuwamy brak kontaktu z naszymi widzami. A teatr bez widza jest pozbawiony energii, teatr bez widza nie istnieje.

Ale jako że zawsze byliśmy teatrem, który próbuje anektować pewne nieoczywiste przestrzenie i sytuacje – także tę postanowiliśmy potraktować jako wyzwanie i spróbować w oparciu o koncepcję spektaklu sprzed 14 lat, zrealizować wirtualne przedstawienie, w którym na żywo grają aktorzy, a widzowie przed ekranami komputerów w nim na żywo uczestniczą. I tak powstała Ambasada 2.0.



Jej oryginalna wersja była mocno związana z miejscem, w którym w 2006 r. odbyła się premiera – z poznańskim Zamkiem. Jak bardzo różnią się od siebie te realizacje?

Ewa Kaczmarek: Już na samym początku odbyliśmy z Wojtkiem bardzo długą dyskusję odnośnie samej strony do rejestracji [gdzie przed spektaklem należy wypełnić wniosek o azyl – przyp. red.] , ponieważ w 2006 r. widzowie odbierali konieczność wypełnienia tej ankiety jako ciekawy, oryginalny, choć ekscentryczny dodatek do spektaklu granego na żywo. Teraz wszyscy jesteśmy w sieci i w zasadzie musimy ogrywać elementy iluzji, podkreślać teatralność naszej sytuacji. I to jest chyba trochę odwrócenie dotychczasowego myślenia o tym spektaklu. Do tego nie mamy możliwości wpływania na zmysły widzów. W zamkowej Ambasadzie sięgaliśmy do przestrzeni, która ustanawiała kontekst. Ta przestrzeń była mroczna, duszna, dziwna, tajemnicza.  To, w jakich warunkach znaleźli się widzowie – nawet temperatura we wnętrzu, pora dnia – miały znaczenie dla odbioru. Tutaj niestety jesteśmy z tego kontekstu wyjęci. I nie wiemy, w jakim stopniu internetowe narzędzia nam to zastąpią. Pewne ambasadowe strategie nadal obowiązują: nadal spotykamy się w późnych godzinach nocnych, nadal to spotkanie ma charakter tajny, nadal prosimy ludzi o pewne rzeczy osobiście.

Co do samego Zamku, to postanowiliśmy do niego wrócić. Nasza przyjaźń z tym miejscem narodziła się właśnie przy okazji  Ambasady. I teraz, kiedy wszystko zostało zamknięte i ten olbrzymi gmach jest cichy, pusty i też stęskniony za ludźmi, dostaliśmy pozwolenie, by w godzinach nocnych, z zachowaniem wszelkich rygorów odpowiedzialności i dystansu, przemieszczać się po Zamku. Czyli w jakimś stopniu zamkowe przestrzenie znowu zostaną przywołane w spektaklu. Sytuacja lockdownu spowodowała, że utknęliśmy w różnych punktach realnej rzeczywistości i stamtąd też będziemy nadawać. Ambasada – jak głosi jej reklama – istnieje poza rzeczywistością, poza teatrem nawet. Jest miejscem wyobrażonym. Mamy nadzieję, że wszystkie te przestrzenie zapracują na ogólny wizerunek miejsca, a w zasadzie metafory pewnej sytuacji. Bo Ambasada jest nie tylko przestrzenią, jest też mechanizmem ułudy, pułapki, w którą widz wpada.

W. W. Ambasada to intymny spektakl dlatego liczba widzów, która może do niego dołączyć jest ograniczona. Zagramy przez trzy dni po 10 razy, za każdym razem dla czwórki widzów. Wydaliśmy 120 wniosków o azyl i w tej chwili więcej nie jesteśmy w stanie. Jeśli ten eksperyment się powiedzie, to być może zwiększymy ilość osób w grupie do 8

E.K. Ambasada to ekstremalne doświadczenie dla aktorów. Premierowy spektakl w Zamku każdego dnia graliśmy dla 25 czteroosobowych grup. To oznaczało, że aktor 25 razy w ciągu wieczoru grał swoją scenę. Koledzy porównali to doświadczenie do maratonu, długodystansowego biegu, gdzie najpierw jesteśmy pełni ekscytacji, niesieni adrenaliną. Później osiągamy jakiś dziwny transowy stan, po to, żeby jeszcze raz przed metą poczuć adrenalinę. Walka ze zmęczeniem, ze swoim organizmem, z czasem, z powtarzalnością i bycie w gotowości przez długie godziny trwania spektaklu – wszystko to sprawiało, że było to naprawdę ekstremalne przeżycie.

Narzędzia internetowe dają inne napięcie, inną trudność. To trochę hazard, bo nie mamy wpływu na zawirowania w łączności. Musimy przygotować dobre łącze, dobre łącze musi przygotować widz, ale na zamrożenia obrazu, przerwy, które prawdopodobnie są nieuniknione, nie mamy wpływu. W starej Ambasadzie widzowie wchodzili do scen przeprowadzani w realnej przestrzeni. Tutaj otwierają się portale internetowe, całość opiera się na łączności w tym jednym momencie. Bardzo dużo rzeczy musi się zgadzać, a pomiędzy emocjami trzeba precyzyjnie, matematycznie klikać. I to też jest bardzo trudne.



Cała sytuacja wymaga też dużego zaangażowania i zaufania ze strony widzów.

E.K. Widz łączy się raz, potem my będziemy go śledzić. Cała struktura przesuwania się w przestrzeni zostaje zamieniona na śledzenie w sieci. Odpowiadają za to administratorzy, którzy tworzą tajną organizację – tajną placówkę dyplomatyczną.

W.W. Widz ma za zadanie dołączyć do naszej Ambasady, resztą zajmiemy się my. Liczymy na zaufanie i mogę zapewnić, że go nie nadużyjemy.



Ambasada 2.0 otwiera symbolicznie – w sytuacji przedłużającego się lockdownu – rok jubileuszowy Teatru Usta Usta. Świętujecie 20-lecie. Nie przeszło Wam przez myśl, by przełożyć urodziny?   

W.W. Pierwszym wydarzeniem jubileuszowym, którego nie planowaliśmy, a które wymusiła na nas sytuacja, był spektakl Alicja 0-700, który miał premierę w 2005 r. na festiwalu Malta – wówczas na telefonicznych łączach. Kilka lat później trafił do sieci w formie interaktywnego słuchowiska. I cały czas jest tam dostępny. Przypomnieliśmy tym samym, że takie działania podejmowaliśmy na długo zanim pojawiło się zjawisko kultury w sieci. Spektaklem, którym chcieliśmy rozpocząć nasze jubileuszowe wspominanie miał być 777, który planowaliśmy zagrać podczas festiwalu Malta w czerwcu…



Ale Malta w czerwcu nie odbędzie się. Czekamy na nowy termin i być może nową formułę.

E.K. Trudno powiedzieć, czy ta sytuacja jest jedynie stanem przejściowym, czy nową rzeczywistością, do której trzeba się będzie przystosować. Być może należy porzucić myślenie o tymczasowości. Chociaż gdzieś w środku jesteśmy optymistami i wierzymy, że jesienią będziemy mogli nasz jubileusz świętować oko w oko, twarzą w twarz, usta w usta z naszymi widzami.

Nie wyobrażamy sobie, żebyśmy mogli przełożyć te urodziny. To jest ważny moment w naszej pracy. Na co dzień nie podkreślamy naszego dorobku, natomiast okrągłe daty – 10- lecie też świętowaliśmy – staramy się zauważać. 20-lecie miało być szczególnym momentem, w którym będziemy mogli dawne spektakle powspominać i przegadać.

W.W. Jednym z bardzo ważnych naszych planów jest wydanie książki o Teatrze Usta Usta pod redakcją prof. Juliusza Tyszki. Jej premiera również miała się odbyć na festiwalu Malta. I też przesuwa się w czasie. Myślimy też o realizacji dwóch premierowych spektakli – w nowych, specyficznych przestrzeniach.

E.K. Zamierzamy działać, robić swoje, jesteśmy przy tym zdyscyplinowani i rozsądni. Mamy swoje sposoby na komunikację z widzami, niektóre dużo starsze niż obecna sytuacja.



Cofnijmy się w takim razie do 2000 r. Skąd wziął się Teatr Usta Usta?

W.W. Powstał podczas pracy nad spektaklem A. Chciałem zrobić monodram – i to chyba najlepiej oddaje potrzebę robienia teatru – ktoś chce coś zrobić, komuś coś przekazać. To była pierwsza kostka domina, która uruchomiła całą lawinę wydarzeń, a jej finał obserwujemy 20 lat i 26 premier później.



Pani Ewo, Pani pojawiła się w Teatrze w 2004 r.

E.K. Znaliśmy się z Wojtkiem od 1999 r. z Teatru Biuro Podróży. Tam się zaprzyjaźniliśmy. Wojtek zaprosił mnie do współpracy przy Ambrożym, który miał premierę w 2004 r. na Malcie. Zaczęło się od problemów. Ambroży wymknął się spod kontroli, problemy techniczne pogrzebały premierowy spektakl. Ale, na szczęście, nie odebrały mi wiary w to, że współpraca i robienie teatru z Wojtkiem ma sens. Wręcz przeciwnie. Kolejne, które powstawały, miały już lepszą historię.



Które jeszcze spektakle na przestrzeni tych 20 lat były dla Was ważne?

W.W. Na pewno Cadillac – to był nasz pierwszy spektakl plenerowy, który ugruntował pozycję teatru, umożliwił nam funkcjonowanie w czasie i realizację kolejnych spektakli. Kolejnym byłby Driver – pod wieloma względami wyjątkowy. Podróże nocą przez Poznań amerykańskim krążownikiem szos z udziałem czwórki widzów wryły się w moją psychikę i na zawsze zmieniły myślenie o przestrzeni w teatrze. Potem następuje cała seria innych ważnych spektakli: AmbasadaUkryte777 i Szeptyszmery, krzyki, czyli Glosolalia o historii Zamku, który był podsumowaniem wszystkich naszych dotychczasowych doświadczeń.

E.K. Dla mnie też Driver na pewno – sen na jawie, doświadczenie nieporównywalne z żadnym innym. Ambasada, w której po raz pierwszy doświadczyłam bardzo intymnego spotkania z widzami i zgłębiłam wszystkie wymiary interaktywności. I Glosolalia… – spektakl, który długo rezonował wśród poznańskiej publiczności. Z rzeczy nowszych myślę, że ważny jest Zryw i jego niesłychana, zespołowa energia. Zryw powstawał w Republice Sztuki Tłusta Langusta, która wybawiła nas z trwającej lata bezdomności. Doceniam bardzo, że mamy teraz miejsce, które nas jednoczy, pozwala się rozwijać, drążyć głębiej.



W jakim miejscu chcielibyście być za kolejne 10 lat?

W.W. Nigdy nie lubiliśmy sobie niczego narzucać, jeśli chodzi o przyszłość. Poza tym inaczej robi się teatr, gdy ma się 30 lat, inaczej, kiedy ma się 60…

E.K. Na pewno w Poznaniu. Bo działamy w tym mieście od 20 lat i to jest niezmienne. Bardzo dużo poznańskich przestrzeni było inspiracją dla naszych spektakli. Do pewnego stopnia niektóre okazały się nieprzekładalne i nieprzenaszalne do innych miejsc. Wrośliśmy w tkankę miasta.



Jakie macie życzenia z okazji urodzin?

E.K. Życzmy sobie bliskiego kontaktu – to ważne w tej sytuacji, spotkań na żywo, nowych przestrzeni twórczych. I nie mam na myśli przestrzeni lokalowych, tylko by rodziły nam się dalej w głowach nowe światy. Byśmy mieli gdzie zapraszać ludzi. I zdrowia. Kłaniamy się też nisko kolegom, których nie ma z nami w tej rozmowie, a którzy konsekwentnie od lat współtworzą Teatr Usta Usta: Marcin Głowiński, Artur Śledzianowski, Mikołaj Podworny, Romek Andrzejewski, Grzegorz Ciemnoczołowski, Przemek Zbroszczyk, Dominik Złotkowski, Łukasz Pawłowski, Adam Brzozowski, Idalia Mantas. Ta lista jest jeszcze dłuższa. To ludzie, którzy robią teatr z pasji, bo na pewno nie z powodów finansowych. My się po prostu bardzo lubimy, mocno ze sobą przyjaźnimy, mamy silne relacje – to nas trzyma, trzyma teatr. Żebyśmy się za bardzo od siebie nie oddalili – takie mam życzenie.

W.W. Żebyśmy trwali…

Jak znoszę swoje własne towarzystwo

Sylwia Klimek
kultura.poznan.pl

Teatr Usta Usta od początku swego istnienia anektował nieoczywiste przestrzenie i sytuacje, odnajdując teatr tam, gdzie inni nawet nie próbowali go szukać.

Jak znoszę swoje własne towarzystwo

Sylwia Klimek
kultura.poznan.pl

Lądujemy w samym środku teatralnego eksperymentu – w spektaklu, który dzieje się w sieci, ale nie jest streamingiem, nie został też wcześniej nagrany (do których to form zdążyliśmy się przyzwyczaić w czasie przedłużającego się lockdownu). Ambasada 2.0 jest całkiem nowym zjawiskiem w teatrze – oryginalnym, nowatorskim, ale i ryzykownym – zarówno dla jej twórców, jak i widzów.

Teatr Usta Usta od początku swego istnienia anektował nieoczywiste przestrzenie i sytuacje, odnajdując teatr tam, gdzie inni nawet nie próbowali go szukać.

To Wojciech Wiński z zespołem wymyślił Drivera, pierwsze polskie car-play –inscenizowaną nocną podróż przez miasto amerykańskim krążownikiem szos dla czwórki widzów. To Teatr Usta Usta zaprosił do teatru Alicję 0-700 – pierwszy spektakl grany na telefonicznych łączach (podczas premiery w 2005 roku na festiwalu Malta widzowie ustawiali się w kolejkach do budek telefonicznych). To oni wreszcie wymyślili Ambasadę, której premiera odbyła się w 2006 r. w poznańskim zamku. „Wniosek o azyl”, który należało wypełnić w internecie, by zobaczyć, a raczej uczestniczyć w spektaklu, stanowił zaskakującą innowację w nie do końca jeszcze na taką skalę zinformatyzowanym świecie.

Ambasada 2.0 to nowa odsłona spektaklu sprzed czternastu lat. Przeniesiona do rzeczywistości 2020 roku – czasu nie odpuszczającej od tygodni pandemii, przedłużającego się zamknięcia, społecznej izolacji, ograniczeń, dystansu i ostrożności w międzyludzkich kontaktach, które niemal w całości przeniosły się do sieci. Nowe w Ambasadzie 2.0 są zatem nie tylko narzędzia, ale i kontekst, w jakim powstawała.

Spektakl rozpoczyna się na długo zanim o godzinie 23.15 w weekend premiery zaloguję się do aplikacji Zoom na swoim laptopie. Na długo zanim ustawię mikrofon, kamerę i zadbam o niekompromitujące mnie w oczach współuczestników tło w moim własnym, domowym odosobnieniu. Teatralną machinę ponownie uruchamia „wniosek o azyl”, który kilka tygodni przed oficjalną datą premiery muszę wypełnić na stronie Teatru Usta Usta. W tym momencie przekraczam wyimaginowany próg teatru.

Kolejne „akty sztuki” to seria e-maili od Sekretarzy Ambasady, w których informują mnie o moim statusie, instruują szczegółowo w kwestii przebiegu nocnego spotkania na internetowych łączach. Ta konspiracja wzmaga poczucie uczestniczenia w czymś jednocześnie dziwnym i wyjątkowym. Czekam zatem z ciekawością, ale i rosnącym przerażeniem. Nie wiem czy wszystkie polecenia z e-maili mam traktować poważnie: słuchawki z mikrofonem i „słodka przekąska” naprawdę są konieczne? Czwarty Sekretarz jest życzliwym, czy raczej fałszywym doradcą? A co jeśli Zoom nie zadziała? Nie korzystałam dotąd z tego narzędzia (mimo że jest najpopularniejszym komunikatorem czasów pandemii), w lekkim popłochu kwadrans przed godziną zero szukam w sieci polskiej instrukcji obsługi. Czy te wszystko to już Ambasada 2.0?

Niedziela, 24 maja, godzina 23.15. Administrator wpuszcza mnie na Zooma. Dołączam do wideokonferencji. Razem z czwórką pozostałych „wnioskujących o azyl”: Agnieszką, Dagmarą, dwoma Piotrami. Każdy walczy o azyl w Ambasadzie, otrzyma go tylko jeden/jedna z nas. Poznajemy swoje imiona, widzimy twarze, słyszymy głosy. Przemawia do nas Pierwszy Sekretarz, przekazuje kilka technicznych uwag: „nie dotykać mikrofonów”, „włączcie Full Screen”… Karnie wykonujemy wszystkie polecenia. I tak już pozostanie do końca.

Przez wielkie drzwi kolejny urzędnik Ambasady wprowadza nas do zamku. Rozpoznajemy znajome przestrzenie, które Teatr Usta Usta ponownie zamienił w mroczną placówkę dyplomatyczną – „obszar wolny, schronienie przed wszystkim, przed czym chcesz uciec” – jak głosi hasło, które ma przekonać i uwieść azylantów.

Przemierzamy za prowadzącą nas kamerą ogromne, zimne, bezludne przestrzenie, kręte klatki schodowe, otwierają się przed nami kolejne drzwi. Za jednymi z nich czeka Sekretarz z ankietą, dwa pytania dla każdego: „Jak znosi pani swoje własne towarzystwo?”, „Czy lubi pani kontakt fizyczny?”, „Czy często udostępnia pan swoje dane w internecie?”, „Czy są rzeczy, które chciałby pan wymazać z życia?”, „Kawa, herbata, czy jeszcze nie wiem?”. Wywołuje nas kolejno po imieniu. Lekko zaskoczeni odpowiadamy niewyraźnym skinieniem głowy, głosem raczej ściszonym…

Nasza podróż przez Ambasadę trwa, w kolejnych otwieranych salach spotykamy wybranych „szczęśliwców”, którzy wygrali azyl: mierzących się z samotnością i odmiennością szaleńców, zamkniętych w ciasnych przestrzeniach i swoich dziwnych światach. Czy rzeczywiście chcę do nich dołączyć? Czy obietnica wolności, ucieczki od wszystkiego jest prawdziwa? I czym tak naprawdę jest wolność od wszystkiego? Przed czym chcę uciec? Kim są ci, którzy proponują ocalenie?

Do ostatniej sceny – spotkania z Ambasadorem – docieram sama. „Game over”, dostaję azyl! Na pustej kartce papieru, którą podsuwa mi mocodawca mam napisać krótki list do kogoś bliskiego, kto zostanie na zewnątrz, nie wejdzie ze mną do Ambasady. Nie mam jednak żadnej gwarancji, że mój list dotrze do adresata. Nie po tym, co zobaczyłam podczas nocnej podróży po historiach ukrywanych w Ambasadzie. Oddaję więc pustą kartkę.

Wszyscy jesteśmy azylantami

Rozmowa Sylwi Klimek
kultura.poznan.pl

Wizja świata-pułapki, naznaczonego samotnością, zagubieniem, niespełnieniem i doświadczeniem straty to tematy pojawiające się w wielu spektaklach Teatru Usta Usta” – pisał o Was już wiele lat temu jeden z krytyków. Brzmi jak opis rzeczywistości, w której żyjemy od kilku tygodni

Inaczej o powstaniu

lokalnyfyrtel.pl

"Zryw" Teatr Usta Usta Republika / fot. Andrzej Majos

“Zryw” Teatru Usta Usta to bezsprzecznie najlepsza rzecz, jaką widziałem odnosząca się do tematu Powstania Wielkopolskiego.

28 czerwca, Malta Festival i pytanie, co tego dnia należałoby zobaczyć? Jest to data ważna dla Polski, a już szczególnie dla Poznaniaków. Aby należycie uczcić ten dzień, postanowiłem wybrać się do Republiki Sztuki Tłusta Langusta na spotkanie tajnej grupy anonimowych patriotów.

Ależ to było dobre, świeże i pomysłowe. Okazuje się, że można mówić o ważnych wydarzeniach historycznych w sposób interesujący i nowatorski. Miałem już przyjemność zobaczyć “Asymilację” Teatru Nowego, jednak to artyści Teatru Usta Usta pokazali, jak powinno się robić współczesne przedstawienie o Powstaniu Wielkopolskim i patriotyzmie.

Spektakl to spotkanie anonimowych patriotów, którzy nie potrafią sobie poradzić z miłością do ojczyzny. Niektórym przeszkadza ilość marszów niepodległościowych, inni obawiają się inwazji Niemców, ponieważ “historia lubi się powtarzać”, a jeszcze inni pragną działania. Wspólnie podejmują decyzję, iż należy wyeksponować swój patriotyzm poprzez zrobienie wielkiego show odnoszącego się do historii Polski. 

Wybór pada na Powstanie Wielkopolskie, które jak mówią aktorzy “nie doczekało się nawet dobrego filmu”. Pasuje też idealnie do naszego kraju. Zapomniane, bagatelizowane, o którym wie niewielu poza Wielkopolską. Pomysły na rekonstrukcję są różne. Od tradycyjnego patosu, gdzie mamy na scenie czterech Paderewskich, poprzez pełne akcji bójki, po heroiczne walki na froncie. Między tym wszystkim jest nasza smutna ojczyzna czekająca na pomoc.

"Zryw" Teatr Usta Usta Republika / fot. Andrzej Majos

Jest zabawnie, ale i poważnie. Przyjęta formuła sprawdza się doskonale.

Każdy widz czuje się uczestnikiem spotkania, a nawet może wziąć w nim czynny udział. Nie jestem miłośnikiem interakcji z widownią, jednak atak poduszkami na Niemców wspólnie z aktorami utkwi w mojej pamięci na dłużej. 

Między zabawnymi tekstami i gagami przeplatają się naprawdę ważne kwestie. Pytania o to, czym jest ojczyzna, patriotyzm, obecnie są chyba bardziej aktualne niż kiedyś. Łatwo nam o wspólnotę, gdy łączy nas wspólny wróg, ale Polakom trudniej o jedność w czasie pokoju. Ze sceny padają ważne słowa, że kiedyś walczono o Polskę, a teraz Polak walczy z Polakiem. 

Trudno mi jednoznacznie ocenić, czy wydźwięk całości jest optymistyczny. To już chyba kwestia indywidualna. Ja starałem się jednak wyciągnąć z tego wszystko, co najlepsze, nie zapominając jednak ważnych i trudnych kwestiach.

Aktorsko spektakl stoi na wysokim poziomie. Artyści są w roli od momentu otwarcia drzwi, aż do opuszczenia sali przez widzów. Chodź mamy tu trochę przerysowania i slapsticku, to dzięki aktorom wszystko wypada niezwykle realistycznie. Doceniam ich humorystyczne podejście do tematu, nie zapominając o chwilach powagi. Potrafili oni sprawnie żonglować między rożnymi konwencjami. Co najważniejsze widzowie bawili się równie dobrze, co aktorzy. Najlepiej świadczy o tym niewymuszona, naturalna owacja na stojąco.

W całym tym zachwycie znaleźć się musi jeden minus. Bardzo żałuję, że spektakl ten nie jest wystawiany na popularniejszej scenie, żeby zobaczyło go więcej widzów. Mam tylko taką naiwną nadzieję, że po przeczytaniu tego tekstu postanowicie wybrać się do Tłustej Langusty i wziąć udział w “Zrywie”. Naprawdę warto!

"Zryw" Teatr Usta Usta Republika / fot. Andrzej Majos

Opłotki historii

Piotr Dobrowolski
Czas Kultury

Usta Usta Republika opowiada alternatywną wersję historii. Wspomnienie wygranego powstania przełamuje wizję narodowego męczeństwa. Poznański teatr nie buja w obłokach, ale nie biegnie też promenadą historiografii, a jej opłotkami. Eksponuje apokryfy, marginesy i przypisy.

Wojciech Wiński krąży po kafkowskim „Zamku”

Wojciech Wiński
Gazeta Wyborcza

Od miesiąca krążę po „Zamku” Franza Kafki – bo trudno powiedzieć, że czytam, często bowiem zaczynam od środka, od końca, czasem od początku. Krążę, bo przygotowujemy się właśnie do premiery spektaklu inspirowanego powieścią Kafki.

Jeżeli ktoś czytał „Zamek”, to prawdopodobnie podzieli moje uczucie, że to jest taka lektura, która się nie kończy. Trudno tę książkę przeczytać raz i powiedzieć o niej wszystko.

Ja po raz pierwszy czytałem ją dwadzieścia parę lat temu. Stwarzała trudność, kreowała świat, którego nie rozumiałem, i który zapadał w podświadomość. Takie książki wracają. Wracamy do nich zaintrygowani myślami, które pojawiają się z czasem. I tak było w tej chwili, kiedy w teatrze szukaliśmy pomysłu na kolejną prezentację, nagle pojawiła się myśl związana z lekturą „Zamku”.

Mam wrażenie, że wieś, która jest pod zamkiem w powieści, bardzo namacalnie zaczyna się objawiać w świecie, który nas otacza.

W relacjach, które spotykam na co dzień między ludźmi, w ich reakcjach, opowieściach nagle czuję się, jakbym wędrował poprzez wieś podzamkową. Spotykam osoby, które opowiadają o swojej sytuacji, życiu, jakby sytuowały się wobec jakiegoś „zamku”.

Jestem z wykształcenia informatykiem i czuję się też czasem, jakbyśmy obracali się w wirtualnej rzeczywistości, która jest zbliżona do tej leżącej pod zamkiem Franza Kafki.

Nasz spektakl zatytułowaliśmy „Geometria”. Ponieważ głównym wątkiem powieści jest peregrynacja geometry do zamku, rozegramy pośród widzów „casting” na postać geometry – będziemy szukać postaci, która mogłaby nam pomóc w tej podróży.

Panie i Panowie! Oto Prawdziwa Postać Fikcyjna

Monika Błaszczak
Czas Kultury

Panie i Panowie! Oto Prawdziwa Postać Fikcyjna

Monika Błaszczak
Czas Kultury

Poczekalnia ze słomianymi ławkami. Aktorzy w pończochach na głowach. Casting do roli Geometry w inscenizacji „Zamku” Franza Kafki. Fikcyjna postać zagubiona we wsi pod zamkiem. Taki świat – prezentowany z dystansem powstałym dzięki konwencji teatru w teatrze – prezentowany jest w najnowszym spektaklu Teatru Republika Usta Usta.

Tym razem – w przeciwieństwie do wielu ich wcześniejszych produkcji – spektakl prowadzonej przez Wojtka Wińskiego grupy nie eksplorował nowych przestrzeni, a testował rozmaite formy języka scenicznego. Inscenizacja oparta została na scenariuszu Łukasza Pawłowskiego, inspirowanym prozatorskim tekstem Kafki. W ten sposób już na wstępie przekroczone zostały typowe dla zespołu Republiki sposoby pracy twórczej, jednak w przedstawieniu nadal wyraźnie pojawia się eksperyment i autorska kreacja. Jego tytuł – „Geometria”, z dopiskiem „Casting” – wprowadza specyficzną, deziluzyjną perspektywę. Jako widzowie zostajemy umieszczeni w roli uczestników castingu do rzeczonego spektaklu; nagabuje się nas, a nawet obraża. Tak ujawnia się pierwsze piętro nieoczywistości – publiczność wchodzi w role uczestników castingu do spektaklu „Geometria” w reżyserii Wińskiego, który opowiada o castingu do przedstawienia „Geometria” w reżyserii Barnabasa. Szybko okazuje się, że nikt z nas nie nadaje się do roli Geometry. Jeśli nie pojawi się żaden nowy kandydat, próby zostaną zerwane. Szkatułkową konstrukcję, wykorzystującą klasyczny motyw teatru w teatrze, jeszcze bardziej komplikuje pojawienie się Geometry, który okazuje się… fikcyjną postacią z „Zamku” Kafki. Nie zdaje on sobie sprawy, że ma status wątpliwy ontologiczne – jest przecież jedynie literackim tworem pisarza i jedną z postaci scenariusza Barnabasa (a także Pawłowskiego, ale tu wkraczamy na poziom spoza fikcyjnego świata przedstawienia).

Znaczenia, powiązania i nieporozumienia między nimi mnożą się, a ich piętra – nawarstwiają, chociaż artyści wybrali bardzo wyraziste, proste środki sygnalizujące przechodzenie między poziomami fikcjonalności.

Rewelacyjnie sprawdził się chwyt z zakładaniem na głowę i twarz nylonowych pończoch. Narzucają one aktorom specyficzną formę i są znakiem przemiany uczestników castingu w postaci przedstawienia. Wykonawcy używają imion granych przez siebie bohaterów „Zamku”. W trupie aktorskiej pojawia się zatem Frieda (świetna, jak zawsze, Ewa Kaczmarek ubrana w czerwoną sukienkę w białe groszki); Wójt (Roman Andrzejewski w granatowym stroju błazna z dzwoneczkami); Barnabas (Grzegorz Ciemnoczołowski – mistrz metamorfozy scenicznej, który za sprawą czarnej pończochy na głowie, odpowiedniego przygarbienia i wykrzywienia ciała z pewnego siebie reżysera spektaklu przeobraża się na oczach widzów w zakompleksionego sługę Klamma); Nauczyciel i Urzędnik (Artur Śledzianowski w kostiumie symetrycznie podzielonym tak, że wyobraża obie te profesje), a także dwóch Pomocników Geometry (świetny, niemal cyrkowy duet Mikołaja Podwornego i Przemysława Zbroszczyka, karykaturalnie połączonych zawiązanymi na głowach pończochami). Bardzo ważną rolę w kreacji wszystkich tych bohaterów odgrywają znakomite kostiumy, zaprojektowane przez Idalię Mantas. Akcja rozgrywa się w oberży, we wsi pod zamkiem, co sygnalizuje ciekawa scenografia – wszechobecna słoma i drewniane skrzynie, które mają wiele funkcji: służą za krzesła czy łóżko, ale z nich wyciągane są także najróżniejsze rekwizyty. Za drewnianymi drzwiami kryje się niedostępny świat zamku. To zamknięta przestrzeń, której progu K. nie wolno przekroczyć.

Orientując się w dwoistości postaci, łatwo zrozumieć ich uwikłanie. Wszystko komplikuje się jednak bardziej, kiedy na scenę wkracza Geometra. Marcin Głowiński, odgrywający go w stroju z epoki (tweedowa marynarka), nie przynależy ani do świata aktorów z castingu, ani do grona postaci przedstawienia, czyli aktorów mających świadomość gry. K. jest „najprawdziwszą” fikcyjną postacią. Chce się jak najszybciej dostać do siedziby hrabiego i rozpocząć swoją pracę. Ma przy sobie list podpisany przez samego Klamma, wzywającego go do pracy na zamku. Oczywiście nic nie jest takie proste, jakim mu się wydaje. Niektórzy oczekiwali jego obecności, inni są zdumieni, że się pojawił. Do zamku nie zawsze można się dodzwonić. Urzędnik domaga się dokumentu-zezwolenia na pobyt we wsi i nocleg w gospodzie. Geometra wcześniej pracował już z przydzielonymi mu pomocnikami, a jednak wcale ich nie spotkał. K. kompletnie nie rozumie sytuacji, w której się znalazł. Dopiero kiedy w końcowej scenie Frieda wręcza mu scenariusz, z niedowierzaniem uzmysławia sobie, że robił wszystko to, co było w nim napisane. Jaka jest zatem kondycja fikcyjnej postaci? W jakiej sytuacji jest aktor, który się w nią wciela? Czy to tylko udawanie, kłamstwo, poza? O niskiej, pełnej fałszu i służalczej sytuacji aktora wielokrotnie wspomina postać-aktor grający Nauczyciela. Ten sam, który w końcu – zniesmaczony i oburzony sytuacją, w której się znalazł – wychodzi z castingu.

Jako artystyczną inspirację spektaklu dotykającego problemu tożsamości nie można było chyba wybrać lepszego tekstu niż powieść Kafki.

Wielość potencjalnych odczytań „Zamku” sprawia, że wciąż otwierają się w nim nowe wątki, motywy, klucze postrzegania i rozumienia rzeczywistości przedstawionej. Twórcy przedstawienia znakomicie wykorzystują możliwości, których świadectwem jest już sam tytuł utworu. Zamek (podobnie jak das Schloss z tytułu oryginału) to słowo dwuznaczne; oznacza zarówno budowlę, jak i mechanizm wymagający klucza. Gra słów, która wydaje się oczywista w kontekście losów bohatera, odnosi się także do sytuacji, w jakiej znajduje się czytelnik i widz spektaklu. Do odczytania sensu utworu (o ile jednoznaczna interpretacja w ogóle okaże się możliwa) niezbędny jest klucz. „Zamek” to ostatnia, niedokończona część „Trylogii samotności”, w której skład wchodzą także „Ameryka” i „Proces”. Interpretacje tego utworu Kafki oscylują pomiędzy najprostszymi, niemal dosłownymi (jak krytyka biurokracji), przez religijne, gdzie zamek postrzegany jest jako łaska czy mądrość boża, aż po egzystencjalne, socjologiczne czy psychologiczne. Spektakl Teatru Usta Usta Republika, podobnie jak powieść, mieni się różnorodnymi znaczeniami i niedopowiedzeniami. Utrzymane w onirycznym stylu widowisko pełne jest wieloznaczności, metafor i symboli; wszechobecna jest poetyka nieokreśloności.

Prowadzony przez Wojtka Wińskiego teatr wykorzystuje różnorodne inspiracje. Świetny warsztat aktorski, znakomite kostiumy i użycie wyrazistych znaków teatralnych współtworzą charakterystyczne cechy unikatowego stylu Ust. Mówiąca o ważnych sprawach grupa unika patosu, angażując poetykę absurdu, śmieszności, groteski i ironii. Przeprowadzając publiczność przez labirynt znaczeń, nie proponuje jednej słusznej „prawdy”, tylko wiele jej wersji do wyboru. Bo cóż to znaczy „fikcyjny”, bo cóż znaczy „prawdziwy”?


Wojciech Wiński krąży po kafkowskim „Zamku”

Wojciech Wiński
Gazeta Wyborcza

Pojedynek sezonu

Łukasz Drewniak
Tygodnik Powszechny

W „Driverze” Wiński każdej nocy zabierał czwórkę widzów na szaleńczą przejażdżkę starą limuzyną ulicami widmowego miasta.

Poznań zmieniał się w miejsce chorych snów i przywidzeń jak z powieści Kubina „Po tamtej stronie”.

Siedziałem między dwójką aktorów, deszcz rozmazywał się na szybie, z głośników grała dziwna muzyka grupy Snowman. reflektory auta wyłaniały z mroku kolejne postacie: białą damę, biegacza, kobiety-hieny, tajemniczych Szperaczy na bicyklach. Wiński pokazywał, w jaki sposób teatr może odmienić miasto, które dobrze znamy, stwarzał hipnotyczną atmosferę, w której zacierały się granice między tym, co wyreżyserowane a tym, co przypadkowe. Długo po opuszczeniu wampirycznego pojazdu zastanawiałem się, który z przechodniów jest prawdziwy, a który podstawiony.

Miasto utrapienia
Marcin Maćkiewicz Gazeta Wyborcza-Poznań Wynicowany świat wspomnień Drivera łączy się ze światem …

Halo, tu Alicja!

Igrzyska olimpijskie można przełożyć, ale 20. urodziny nie bardzo. Wobec tego przenosimy się do sieci, rozpoczynając od zaproszenia do „Alicji 0-700”, pierwszego polskiego spektaklu interaktywnego zrealizowanego w sieci telefonicznej, który miał swoją premierę w 2005 r. podczas Festiwalu Teatralnego Malta. Jako że nie był to jeszcze czas komórek, Alicję grano w każdej budce telefonicznej, 24 godziny na dobę. 
Dzwoniąc pod numer 0-700 188 188, widzowie poznawali historię dziewczyny o zmysłowym głosie. Wciskając kolejne klawisze, wędrowali po labiryncie jej wspomnień i wyznań. Minuta połączenia kosztowała wówczas 35 groszy, przy czasie połączenia ok. 30 minut. 
Scenariusz przygotowywali: Julia Szubert, Jarek Wieła, Kuba Mokrosiński, Wojciech Wiński, udźwiękowienie: zespół SNOWMAN, w słuchawce można usłyszeć wspaniałe aktorskie głosy: Ewy Szumskiej (w roli tajemniczej Alicji) , Piotra Kaźmierczaka (brat Alicji) oraz nieżyjącego już Wojciecha Deneki (demoniczny Doktor).


Od 1 kwietnia 2008 roku Alicja dostępna jest w sieci. Serdecznie zapraszamy do słuchania: 


A na zachętę krótkie dźwiękowe wspomnienie.


#kulturanawynos